Dzwoni telefon, klient prosi o wycenę łazienki. Wykonawca jedzie przez pół miasta, mierzy, robi zdjęcia, wieczorem siada do kosztorysu. Trzy godziny pracy. Klient odpisuje po tygodniu, że wybrał kogoś innego.
Ta scena powtarza się w małych firmach wykonawczych codziennie. Uważamy, że rynek doszedł do punktu, w którym darmowa wycena przestała być gestem, a stała się ukrytym podatkiem nałożonym na wykonawcę.
Ile to naprawdę kosztuje
Rzetelny kosztorys remontu wymaga więcej niż pięciu minut z kalkulatorem. Trzeba pojechać, zmierzyć, sprawdzić stan instalacji, policzyć materiały i pracochłonność. Dojazd, pomiar i przygotowanie dokumentu zajmują od dwóch do kilku godzin.
Przy trzech zapytaniach tygodniowo i skuteczności rzędu jednego zlecenia na cztery, wykonawca oddaje kilkadziesiąt godzin rocznie za darmo. Doliczmy paliwo i amortyzację auta. Ta praca gdzieś musi się odbić, więc odbija się w stawkach dla klientów, którzy podpisali umowę.
Płacą więc ci, którzy zdecydowali się na współpracę. Finansują wyceny dla wszystkich, którzy zapytali i odeszli.
Portale przyspieszyły ten mechanizm
Serwisy z zapytaniami rozsyłają jedno ogłoszenie do kilku firm naraz. Klient dostaje pięć ofert, wykonawcy piszą pięć kosztorysów, cztery z nich lądują w koszu.
Do tego doszła nowa praktyka. Część zapytań służy wyłącznie zebraniu wiedzy. Klient zbiera bezpłatne kosztorysy, żeby potem targować się z ekipą, którą wybrał od początku. Albo żeby zrobić remont samodzielnie według cudzego rozpisania prac.
Głos drugiej strony
Argument klientów jest sensowny i nie da się go zbyć. Bez porównania kilku ofert trudno ocenić, czy cena jest uczciwa. Rynek remontowy nie ma cenników, a rozrzut między wykonawcami przy tym samym zakresie potrafi sięgać kilkudziesięciu procent.
Klient remontujący mieszkanie robi to raz na kilkanaście lat. Nie zna stawek, nie umie ocenić pracochłonności, a wpłaca kwotę porównywalną z rocznym dochodem. Płacenie za każde zapytanie postawiłoby go w gorszej pozycji i faktycznie ograniczyłoby konkurencję. Duże firmy stać na darmowe wyceny, jednoosobowej działalności już nie.
Ten argument uznajemy. Sprzeciwiamy się natomiast temu, że cały koszt niepewności spadł na jedną stronę.
Rozwiązanie leży pośrodku
Rozdzielmy dwie rzeczy. Wstępna orientacja w cenie może być bezpłatna. Rozmowa telefoniczna, widełki na podstawie metrażu, przybliżony termin. Piętnaście minut, bez dojazdu.
Szczegółowy kosztorys z pomiarem to już usługa. Kilkaset złotych odliczane od wartości zlecenia, jeśli dojdzie do współpracy. Klient poważny zapłaci bez oporu, bo dostaje dokument, którego może użyć przy porównaniach. Zapytania zbierane dla samej ciekawości znikają same.
Kilka firm wykończeniowych już tak pracuje i nie straciło przez to klientów. Straciło rozmowy, które i tak do niczego nie prowadziły.
Czego oczekujemy od obu stron
Od wykonawców jasnego komunikatu na starcie. Informacja o odpłatnej wycenie ma paść przy pierwszym telefonie, a nie po pomiarze.
Od klientów jednej wiadomości po decyzji. Krótkie odpisanie, że wybór padł na kogoś innego, kosztuje trzydzieści sekund. Milczenie po otrzymaniu darmowej pracy jest zwykłą nieuprzejmością.
Rynek, na którym profesjonalna praca jest wyceniana, działa lepiej dla wszystkich. Także dla klientów, którzy przestają dopłacać do cudzych zapytań.

